Socjologia mody

Pobrane ze strony internetowej www.polskatimes.pl

Krzysztof Łęcki

W co się ubrać?



W co się bawić? W co się ubrać? To dwie strony tego samego medalu. Ale wbrew słowom starego przeboju zdecydowanie ważniejsza jest odpowiedź na drugie z pytań.
Zacznijmy od tego, że jest to pod każdym względem pytanie pierwotne – przynajmniej jeśli pominąć dość chyba jednak rzadkie imprezy, których uczestnicy doskonale obywają się bez odzienia. A zresztą nawet gdyby brać pod uwagę takie spotkania towarzyskie, w których główną atrakcją jest rozbieranie, to przecież z czegoś jednak trzeba się rozebrać, a na miejsce przeznaczenia trzeba dojść jakoś ubranym. Jedyny znany mi z nowożytnej historii wyjątek od tej reguły to sekta adamitów. Jej członkowie kilka stuleci temu zrzucili ubrania i biegając nago po Amsterdamie twierdzili, że są „nagą prawdą”.
Inny powód, dla którego pytanie „w co się ubrać?” jest ważniejsze od pytania „w co się bawić?”, to fakt, że wielotygodniowe przygotowania do zabawy przytłaczają zwykle trwającą kilka godzin imprezę. Ba, to wybieranie strojów stanowi często nerwową, acz pełną podniecających momentów zabawę, przy której blednie jeden czy drugi karnawałowy bal. I jeszcze jedno. Konwersacje na temat, jak kto jest ubrany, czy ubrany jest modnie, czy stosownie do wieku, sylwetki – otóż to wszystko stanowi żelazny temat rozmów, bez których trudno byłoby sobie wyobrazić jakąkolwiek imprezę. Która to impreza – jak większość jej podobnych – jest zwykle sama w sobie nudna. Prostym wskaźnikiem nudy jest częstotliwość wspominania na niej innych, równie nudnych imprez, których nudę zdołał zatrzeć w pamięci upływający czas.
Co do wagi przydawanej problemowi „w co się ubrać?”, mężczyźni różnią się od kobiet dość znacznie. I nie dlatego, że są mniej próżni. Mężczyźni mają po prostu mniejsze pole do popisu. Smoking albo leży na kimś, albo nie. Odłóżmy na bok snobistyczną wersję, że dobrze leżeć może dopiero w którymś tam pokoleniu. Sean Connery, po to żeby mógł poczuć się w smokingu, jak we własnej skórze, sypiał w nim po prostu. A przy tym miał dobrze ponad 180 cm wzrostu. Dla kontrastu - taki Woody Allen mógł przetańczyć w filmie „Wszyscy mówią kocham Cię” cały karnawał, a wielu widzów nawet nie zauważyło, że miał na sobie smoking.
W przypadku kobiet odpowiedź na pytanie „w co się ubrać?” wyznacza moda. Stoi kobieta przed szafą pełną ciuchów i nagle, rozczarowana, oświadcza, że nie ma co na siebie włożyć. Nas, mężczyzn to wystawanie przed pełną szafą może drażnić, ale na pewno nie dziwi. Ktoś, kto nie wie na czym polega fenomen mody, mógłby sądzić, że kobieta nie widząca sterty ciuchów jest może ociemniała. Ale problem mody jest znacznie bardziej złożony – i ciekawy. Otóż moda – przy wszystkich śmiesznościach jakie nadążanie za nią musi budzić – zdaje się jednym z niewielu dowodów na tworzenie się w Polsce klasy średniej. Thorstein Veblen powiada, że moda wiąże się z symboliką statusu społecznego, że stanowi symboliczne potwierdzenie wyższości jednych klas społecznych nad innymi. Ma moda moc podporządkowywania naturalnego piękna kanonom „dobrego tonu”. To dlatego niegdyś zdrowi ludzie na prowincji, także polskiej prowincji, pudrowali się i nosili peruki. Cóż, wtedy syfilitycy z Paryża nadawali „dobry ton”. Z odpornością na wymogi mody jest jak z czasem wolnym – wyróżnia ona tych, którzy stoją w hierarchii społecznej najniżej i tych na samych jej szczytach. Dobrze oddaje to sformułowana dawno, dawno temu uwaga pewnego włoskiego księcia – pisze on we wspomnieniach: „Gdyby ktokolwiek mnie zobaczył modnie ubranego, oznaczałoby to, że mój krawiec się omylił”.